Jacek Ostrowski jest polskim, zdobywającym coraz większy rozgłos pisarzem. W swoich książkach, wśród których znajdują się m.in. „Ostatnia wizyta” oraz „Transplantacja”, autor obnaża najmroczniejsze strony ludzkiej osobowości i stawia pod znakiem zapytania wszelkie zasady moralne. Jacek Ostrowski urodził się w 1957 roku w Płocku.

Więcej…

Wyborcza

 

Kultura, historia, magazyn płocki.

Jacek Ostrowski napisał książkę o porwaniu i zabójstwie znanej w mieście doktor Sefanii Kamińskiej. To dobrze opowiedziana prawdziwa historia, którą poznajemy przez pryzmat uwikłanego w zbrodnie z przeszłości porywacza i seryjnego mordercy, bankruta poszukującego sposobu na odbicie się od finansowego dna, na wpół lojalnego wykonawcę poleceń tajemniczych mocodawców.

Więcej…

Ostatnia wizyta

 

Kwadrans z książką

 

To system tworzy potwory – najnowsza powieść Jacka Ostrowskiego

Niedawno ukazała się Pana najnowsza powieść "Ostatnia wizyta".

O czym opowiada?

To jest powieść, oparta na prawdziwych wydarzeniach z 1970 roku. Historia najbardziej znanego porwania w czasach PRL.

5 czerwca uprowadzono jedynego pediatrę w Płocku, który jeździł na prywatne wizyty – mowa tu o Stefanii Kamińskiej. O godzinie 15.00 pojechała z nieznajomym mężczyzną do chorego dziecka. I nigdy już nie wróciła. Stąd też tytuł książki – ostatnia wizyta.

Więcej…

Krytycznym Okiem

Jacek Ostrowski poświęcił sprawie swego miasta wstrząsającą książkę. Pochodzący z Płocka autor zrekonstruował, dodając wiele mrocznych fantazji, sprawę sprzed blisko pięćdziesięciu lat, kiedy to porwana została płocka lekarka Stefania Kamińska. Zagadka jej zaginięcia była sprawą publiczną. Komentowano je i szeptano – co autor doskonale pokazuje – na temat możliwych pobudek porywacza, Kamińska stała się swego rodzaju ikoną niezawinionego cierpienia i tajemniczego zniknięcia.

 

 

 

Więcej…

Radio RDC

Radio PIK

Książnica Płock

Spotkanie w Bibliotece UKW

Co Pana skłoniło do opisania tej sprawy? Śledztwo dziennikarskie musiało być niezwykle skomplikowane, w końcu to wydarzenie sprzed lat. Słyszałam, że któregoś dnia znalazł Pan fotografię, która przedstawiała Pana mamę oraz porwaną lekarkę.

Tak. Zobaczyłem zdjęcie i pomyślałem, że coś w tej sprawie trzeba zrobić. Doktor Kamińską porwano, gdy miałem 13 lat. Była znajomą naszej rodziny. Wyleczyła mnie z krztuśca- wówczas bardzo ciężkiej choroby. A znajomość mojej mamy i pani doktor sięgała czasów wojny.

Kamińska przyjechała do Płocka przed jej wybuchem. W trakcie okupacji była żołnierzem AK. Kiedy szukało jej gestapo, moja mama przechodziła do jej mieszkania przez małe okienko i pomagała wynosić rzeczy. Taka znajomość okupacyjna.

Czyli można powiedzieć, że bardzo szczególna więź?

Oczywiście. Dobrze ją pamiętam, była bardzo obecna w naszym życiu rodzinnym. Mijaliśmy się często na ulicy, Płock nie był wtedy tak dużym miastem jak teraz. Znaliśmy jej męża. Należeliśmy do tego samego środowiska medycznego, moja mama miała laboratorium analiz lekarskich.

Co sprawiło Panu największą trudność podczas zbierania materiału?

Tak jak powiedziałem, zobaczyłem zdjęcie i pojawiła się myśl, że trzeba coś zdziałać w tym kierunku.

Zwłaszcza, że krążyło wokół niej mnóstwo niedomówień – w pierwszej chwili nie wiedziałem, jak ten temat "ugryźć". Wtedy do głowy by mi nie przyszło, że wciąż żyje prokurator, który prowadził śledztwo.

W Płocku udałem się do prezes sądu okręgowego, która poradziła mi jak do niego dotrzeć. Z reguły kontakt z prokuratorem jest bardzo trudny do osiągniecia gdyż ukrywają oni swoje adresy i numery telefonów z wiadomych względów. Dzięki redakcji która publikuje jego prace naukowe, przeprowadziliśmy bardzo ciekawą rozmowę. Pózniej, zabrałem się oczywiście za przeglądanie akt sądowych.

O Kamińskiej, abstrahując od akt, ukazały się dwie publikacje. Jedna autorstwa wspomnianego prokuratora, uszeregowana chronologicznie i obfita w fakty. Sprawę opisała też w formie reportażu jedna dziennikarka, ale były w niej pewne niedociągnięcia.

 Czytając o sprawie, miałam wrażenie, że milicja wówczas zbagatelizowała śledztwo – mozolnie prowadzone akcje poszukiwawcze i ignorowanie konkretnych poszlak wyglądały tak, jakby celowo je opóźniano.

Tutaj trzeba wziąć pod uwagę dwie istotne kwestie: bohater książki był oficerem radzieckim. W tamtych czasach, w Polsce skazanie obywatela Związku Radzieckiego było niemożliwe. Panowało tak nienawistne nastawienie do Rosjan, że gdyby, powiedzmy - społeczeństwo dowiedziało się, że polską lekarkę więziono i torturowano przez 3 tygodnie – z pewnością wybuchłyby zamieszki. Dlatego władzy ludowej zależało na tym, aby sprawy nie rozdmuchiwać.

Muszę o to zapytać: Dlaczego powieść fabularyzowana a nie reportaż?

Akta to tylko dokumenty – nie mają duszy, nie żyją. Inaczej czyta się reportaż a inaczej powieść, zupełnie inaczej się odbiera jej przekaz – moim zdaniem, jest on bardziej wiarygodny i bliższy czytelnikowi.Według mnie, reportaże są zbyt suche. W książce pokazałem atmosferę tamtych czasów, tło wydarzeń. Proszę sobie wyobrazić, co musiało się dziać w tej rodzinie...

Można sobie to wyobrazić już od momentu poznania głównej postaci – Zbigniewa Pielacha, a właściwie Iwana Siemieniuka. "Najgorszy" jest autentyzm bohatera : prawdziwy agent NKWD, szalenie realistyczny, pozbawiony skrupułów, pełen sadystycznych skłonności, rynsztokowe słownictwo – taki profil znamy z raportów, dokumentów, filmów.

Zastanawiam się, jak bardzo zbliżona jest stworzona przez Pana postać do jej pierwowzoru z rzeczywistości ?

W przypadku pierwowzoru, czyli Zygmunta Bielaja vel. Iwana Ślezko – był człowiekiem, którego jedynym plusem było to, że wykształcił dzieci.

W tamtych czasach, wykształcenie wyższe nie było tak powszechne, jak teraz. Co jeszcze dobrego można o nim powiedzieć - to fakt, że miał ciągotki literackie, pracował w gazecie jako dziennikarz. Mało tego – jego postać jest o tyle paradoksalna, że pomimo dokonywanych okrucieństw, potrafił angażować się społeczenie, np naprawiać przecieki w publicznej bibliotece, pisać w takich sprawach do komitetu itp. Chciałem pokazać, że pojawiały się w nim też dobre cechy.

Będę się upierać. Dla mnie, czytelniczki, to wyjątkowo obrzydliwa postać. Nienawidzi się jej od pierwszych stron książki.

Zgadza sie. Te wszystkie dobre uczynki prawdopodobnie były podyktowane osiągnięciem jakiejś konkretnej korzyści, nie były raczej bezinteresowne.

Trzeba jednak przyznać, że wobec dzieci był bezinteresowny. Proszę zwrócić uwagę, nie palił papierosów i nie pił alkoholu. Na początku lat siedemdziesiątych było to niespotykane zjawisko.

Ale lubił herbatę.

No tak, stary rosyjski zwyczaj. Samogonu mogło nie być, ale samowar musiał być pełny.

Każdego, kto pamięta czasy PRL, pytam: Czy znał takiego Rosjanina, który trzymał się z daleka od wódki? Nikt nie znał. Wszyscy pili. A dlaczego on się przed tym wzbraniał? To dowód na to, jak bardzo musiał się kontrolować jako były członek NKWD.

Przerażenie budzi moment, w którym po raz pierwszy agenci KGB zlecają mu porwanie Stanisławy Krzemińskiej (czyli Stefanii Kamińskiej). Straszne jest to, w jaki sposób myśli o zabiciu człowieka - że zabić, zatłuc siekierą to przecież pestka. Ale uprowadzenie – to już zbyt skomplikowane. Naprawdę taki był?

Na pewno taki był. Proszę zauważyć, że chronologia wydarzeń w książce jest taka sama jak w rzeczywistości. Zaczyna się od próby samobójczej, która naprawdę miała miejsce.

Podczas pisania, oparłem się na materiałach odrzuconych przez sąd. Prokurator, o którym już mówiliśmy, nie rozumiał dlaczego odrzucono te dowody. Czterech świadków potwierdzało tezę, że przez 3 tygodnie przetrzymywano Kamińską w domu Bielajów. Jednym z nich była sama żona Bielaja, chociaż zaczęła tak zeznawać dopiero po upewnieniu się, że jej mąż nie wyjdzie na wolność.

Ten człowiek przez 25 lat robił co chciał. Kiedy popełnił jakieś przestępstwo, zamykano go a następnego dnia wypuszczano. Zanim porwał Kamińską, dopuścił się okrutnej zbrodni w Szczecinie. Poćwiartowane zwłoki wyrzucił przed siedzibą UB. Kto w takich okolicznościach nie poszedłby do więzienia? On miał plecy wśród KGB. Był nie do ruszenia.

Rzeczywiście, w "Ostatniej wizycie" jest o tym mowa.

Tak, i to są ścisłe fakty. Podobno po złapaniu Bielaja, Rosjanie interesowali się jego sprawą. Oficer wysokiej rangi spotkał się nawet z prokuratorem, który prowadził śledztwo i wypytywał o Ślezkę. Pytałem, czy to możliwe aby w więzieniu odwiedzali Ślezkę Rosjanie. Powiedział, że nic mu na ten temat nie wiadomo – chociaż byłoby to całkiem możliwe.

Takich Bielajów w Polsce było sporo. Wie pani, że zostawił w Rosji swoją żonę i dziecko?

Nie pierwszy raz więc okazał całkowity brak zainteresowania losem swojej żony. Pomówmy trochę o jego drugiej małżonce, w książce przedstawionej jako Hanka Pielach. Postać w dużej mierze abstrakcyjna i tajemnicza. Histeryczna, ciągle popychana, poniżana i upokarzana. Czy tak było naprawdę?

Czytałem wczoraj w sieci: obecnie szacuje się, że około 5 milionów jest maltretowanych w związkach w Polsce.

Można to podciągnąć pod syndrom sztokholmski?

Powiedziałbym raczej, że to błąd młodości. Bielajowa wyszła za mąż jako młoda, zakochana osoba. A kobiety zakochane potrafią wiele znieść i wiele wybaczyć. W pewnym momencie uczucie prysnęło, a został mąż- kanalia. To pewne, że ten mężczyzna się nad nią pastwił – to raz, a dwa, że próba samobójcza była faktem. Samobójstwa wtedy nie zdarzały się często.

Ciekawa jestem jak buduje się takiego bohatera, którego większość czytelników znienawidzi od razu?

Proces tworzenia tej postaci był dość specyficzny. Kupiłem nawet maszynę do pisania, taką jakiej używał bohater mojej powieści. Kupiłem też siekierę i rąbałem drzewo, żeby sprawdzić czy ze mnie również uchodzi wtedy złość, czy to rozładowuje napięcie. Starałem się odczuć to osobiście, wczuć się w tą postać.

Kojarzyłem wiele osób podobnych charakterologicznie do Pielacha – takich, którzy bez zmrużenia oka zabijali zwierzęta.

Tacy ludzie mają zadatki na zabójców.

To prawda. W jego przypadku chodzi o to, że dla niego to dla niego żaden problem - zabić. On nie ma sumienia.

Kiedy Krzemińska trafia do domu Pielachów, zaczyna się horror.

W książe zawarłem prawdziwe plotki na temat porwania, jakie wówczas krażyły. W Płocku to była znana persona. I ktokolwiek mówił o niej, pytał : gdzie ona jest? A ja się zastanawiałem, czy cierpi? I to najbardziej mną wstrząsało. Prawdopodobieństwo, że kobieta mogła przejść przez niewyobrażalną, trzytygodniową gehennę.

Mogło tak być?

Ależ to bardzo prawdopodobne.

Pielach pamięta młodą Krzemińską z dawnych lat. W rzeczywistości także mu się podobała?

Mogła mu się podobać, była bardzo atrakcyjną kobietą, A on był "psem na kobiety".

Czy Hanka -żona Pielacha- naprawdę chciała jej pomóc tyle, że bała się męża?

Myślę, że tak. Nikt nie zwrócił na to uwagi, ale skoro ona targnęła się na własne życie to znaczy, że tego nie wytrzymywała. Ja nie wierzę w to, żeby nie ruszyło jej sumienie - dlatego w ten sposób pokazałem jej postać. Ona, mimo wszystko, nie brała w tym czynnego udziału.

Jak więc jako czytelniczka mam ocenić Hannę?

Ona jest między młotem a kowadłem.Wie, że przykre konsekwencje mogą spaść także na nią. Miała dzieci. Chodziło mi to, aby ukazać jej bezradność. Trzeba podejść do niej jak do człowieka, zmuszonego do życia z mężem-zwierzęciem.

On mógł wszystko. A ona do końca nie wierzyła, że ktokolwiek mógłby mu zrobić cokolwiek. Znał sekretarzy, działaczy, miał za sobą KGB.

Powiem Pani coś ciekawego. Prawdziwy agent, Zygmunt Bielaj, w 1948 roku przenosi się do Gniezna. Akurat w tym roku mają odbyć się wybory prymasa Polski, w których typuje się Stanisława Kostkę Łukomskiego. Wiadomo, że człowiek ten niecierpi władzy sowieckiej. Rosjanie nie chcą więc dopuścić do wybrania go.

Wtedy mniej więcej, Bielaj pokazuje się w Gnieźnie. Ma straszliwego pecha : niechcący rozjeżdza na ulicy przechodnia. Nie ma w tej sprawie żadnego dochodzenia, pokazuje legitymacje NKWD i zostaje natychmiast zwolniony.

W tym samym roku, po wypadku Bielaja, ginie biskup Łukomski - w wypadku samochodowym. Ponoć wcześniej podpiłowano układ kierowniczy w jego aucie. Zdaję sobie sprawę, że to teoria spiskowa ale wygląda zastanawiająco.

Wracając do Pielacha. Przez budowę tej postaci nie przemawia trochę Pana osobisty stosunek do członków rosyjskiego aparatu komunistycznego?

Nie. Ja uważam, że człowiek, który wychował się w tak chorych czasach nie może być normalny. Podczas śledztwa, zachowywał się bardzo spokojnie, był cyniczny, cały czas kręcił. Prokurator stwierdził, że nigdy w życiu nie spotkał się z takim przeciwnikiem.

Ciekawi mnie Pana zamysł: Zbigniew Pielach regularnie czytuje Trybunę ludu, ale jednocześnie nie wierzy w komunistyczną propagandę. Z drugiej strony pochód pierwszomajowy to dla niego świętość. Jest ideowcem?

Nie, on jest tak zwanym zabójcą wielokrotnym, czyli kimś, kto zabija dla konkretnej korzyści np biznesowej. Dla niego to praca, po prostu.

A do pochodu 1 maja był wtedy pośród ludzi pewien sentyment – choć sam nie chodziłem, to wiem że do tej pory niektórzy ludzie biorą w nich udział.

Wbrew pozorom, Pielach nie jest prostym człowiekiem. Nie ma ludzi ukształtowanych ściśle według jednego schematu.

Czy my – jako naród – rozliczyliśmy tych ludzi ze zbrodni?

Oczywiście, że nie. Większość nigdy nie została skazana i też w dużej mierze byli to ludzie niezwiązani z polską bezpieką. Rosjanie mieli swoje służby w Polsce, których bardzo dobrze pilnowali i nigdy nie wydali.

W jaki sposób mamy więc pamiętać o tych wydarzeniach? Należy rozliczać tych ludzi, przypominać o zbrodniach ?

Wydaje mi się, że przede wszystkim musimy pamiętać o jednym: ci ludzie sami nie powstali. To okrutne czasy stworzyły potwory – wojna, rewolucja sowiecka. Oni są dziećmi tych złych czasów.

Czasami myślę, że ludzie mylą rolę wojny. Mówi się o szlachetności, poświęcaniu się, przelewaniu krwi. A wojna przede wszystkim niszczy. Znamy to z historii.

Tak, to prawda. Największą sztuką jest unikać wojny.

Zawsze kochałem historię. I wiem, że człowiek nigdy się nie zmieni. Choćbyśmy nie wiem przed czym go ostrzegali, człowiek zawsze wejdzie do tej samej rzeki.

Czyli historia lubi się powtarzać?

Proszę pani, ależ tak. Do znudzenia.

Tacy ludzie byli – to system, wojna ich ukształtowały. Proszę spojrzeć na sytuację w Afryce – formowane są oddziały dziecięce, niepełnoletni uczą się zabijać. Dlaczego? Umysł najłatwiej zmanipulować w samym zarodku. A potem ktoś taki wyrasta na mordercę. Pamięta pani "Władcę much" ?

Oczywiście.

W tym kontekście, to bardzo ciekawe studium.

Studium pierwotnych instynktów, można powiedzieć.

Otóż to. A takich ludzi jak Pielach, KGB produkowało na masową skalę.

Chciałabym wiedzieć jeszcze jedno. Zanim napisał Pan "Ostatnią wizytę" – jednym z bodźców była też chęć ujawnienia prawdy?

Ujmę to tak. Co kilka godzin sprawdzam skrzynkę pocztową łudząc się, że napisze ktoś z jego rodziny. Wciąż mam nadzieję, że dowiem się więcej.

Dziękuję za rozmowę.

wywiad przeprowadziła Pani Joanna Zaremba 

okladki

Kultura u podstaw

Wieloma czytelnikami ta powieść naprawdę wstrząsnęła, długo jej nie zapomną. Skrycie liczyłem na taki efekt. Zależało mi na tym, żeby pamięć ofiar Iwana Śleski trwała, bo to im się należy – opowiada Jacek Ostrowski, autor powieści "Ostatnia wizyta", opartej na prawdziwej historii zabójstwa płockiej lekarki. Ciała, zamordowanej pół wieku temu kobiety, nigdy nie odnaleziono.

Więcej…